poniedziałek, 18 października 2010

Paweł Wróblewski: Do ciepłych krajów

Często ostatnio słychać o podróżnikach, o takich, co mają czas, cierpliwość i trochę pieniędzy (nie za dużo), żeby pojechać i przeżyć coś ciekawego, a potem jeszcze o tym napisać. Czy to dobrze? Hmm.
Takie na przykład "Do ciepłych krajów" to dla mnie świetna rozrywka tramwajowa, umila czas, przenosi w barwniejsze strony świata, zajmuje. Kłopot z tym, że niewiele zostaje mi w głowie po lekturze...

Ta książka ma tę zaletę, że im dalej, tym jest lepsza. Finał ma nietypowy, hollywoodzki wręcz, bo autor się zakochał, oświadczył i ożenił w Kinszasie. Początek za to kiepski, nieciekawy. Pewnie dlatego, że na początku podróży było Maroko, które Paweł Wróblewski już znał z wcześniejszej wyprawy, nie miał tyle spostrzeżeń i w rezultacie relacja z tej części podróży jest ogólnikowa, ciężko powiedzieć, czy to Maroko, czy też jakiś inny kraj arabski.

Paweł Wróblewski w Afryce znalazł się ze swoim rowerem i zamiarem, żeby przejechać ją od Maroka do RPA. Przebył mniej więcej połowę planowanej trasy: Maroko, Sahara Zachodnia, Mauretania, Mali, Burkina Faso, Ghana, Togo, Benin, Nigeria, Kamerun, Gabon i oba Konga.

Mimo wszystko jest w tej historii coś pięknego, chce się jechać w te ciepłe kraje. Choć w tej książce nie są one wyperfumowane, upiększone - tu kradną, zdzierają z obcych (nawet za cień potrafią pobierać opłatę), mogą pobić, oszukują i wymuszają łapówki.

Jak wspomniałam, im dalej Wróblewski jedzie, tym chętniej dzieli się przemyśleniami, tym więcej w książce "filozofowania", ale też danych z podstawowej historii, polityki, ekonomii państw, które odwiedza. Wydawca zdecydował się dołączyć do książki wywiad o Afryce. Mam wrażenie, że to sposób na uzupełnienie książki - zwłaszcza pierwszej części - o refleksje i próbę podsumowania wrażeń.

Książkę podsunęłabym zainteresowanym podróżami, Afryką. Tym, którzy nie dzielą tej pasji, "Do ciepłych krajów" raczej bym odradziła...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz