Okropna książka. A może ja miałam za duże wymagania? Książka jest podróżnicza - bo jest relacją z podróży (niekoniecznie relacją z Afryki), tak jak wskazuje tytuł, bohaterką jest "blondynka" - więc osoba kształtowana na nieco infantylną. Po co? Irytujące jest też dla mnie wprowadzenie - kolejny raz, wcześniej w "Blondynka na Kubie" - mężczyzny-fajtłapy, zakompleksionego i niekiedy wręcz głupiego. Który, wszelakoż, w końcu okazuje się dość sympatyczny.
Mniejsza o to, co mnie drażni, bardziej o tym, co mi się wcale nie podoba. W tej książce nie ma prawie nic o Afryce. Jest to opowieść o tym, jak pani dziennikarka radia ZET pojechała na safari do Afryki. Jeśli chcecie też pojechać, to warto przeczytać tę książkę, bo widać, jak funkcjonują miejsca kempingowe, kiedy wolno wysiadać z samochodu, w jakich namiotach się śpi, czy jest szansa na łazienkę, co kucharz przygotowuje na kolejne posiłki, etc.
Ja chciałam dowiedzieć się czegoś o Afryce i ludziach. Niewiele przeczytałam o tym. Parę słów z wizyty u Buszmenów, przy czym była to raczej opowieść "o tym jak pojechałam do Buszmenów, jak to doceniłam ich świat, w przeciwieństwie do innych turystów, jak cudownie się u nich czułam, jak mi było żal, kiedy przeczytałam, że sprzedano ich ziemie". Naprawdę, o samych Buszmenach niewiele. Że ich osada jest mała, że skupiają się pod akacją, przy małym ognisku, rozpalanym tradycyjną metodą. I że są ludem zbieracko-łowieckim, jedzą jakieś bulwy wygrzebywane z ziemi. Mówią starym językiem mlasków. Tyle.
Więcej jest o Masajach. Ale też z perspektywy bohaterki, czyli bardzo egocentrycznie. Relacja z dwudniowej wizyty w wiosce Masajów to połowa książki, ale jest ona wykreowana - na siłę - na sensacyjną niebezpieczną przygodę. Po co takie fabularyzowanie? Za słabe, żeby być "Tomkiem Wilmowskim", za mało rzetelnych informacji, by być porządną książką podróżniczą. Mam wrażenie, że materiał o Afryce, jaki jest w tej książce, można by zawrzeć w jednym rozdziale. Reszta to wrażenia z safari, opowieści o stosunkach towarzyskich wśród Europejczyków, którzy na to safari pojechali, plus psychologiczna papka o tym, jak żyć i być szczęśliwym.
Nie wiem, skąd zachwyt nad książkami Beaty Pawlikowskiej. Bardziej egzotyczna Grochola? Z niechęcią, ale umieszczam tę książkę pod etykietą "podróżnicze", tak jak robią to księgarnie i moja biblioteka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróżnicze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróżnicze. Pokaż wszystkie posty
sobota, 6 listopada 2010
poniedziałek, 18 października 2010
Paweł Wróblewski: Do ciepłych krajów
Często ostatnio słychać o podróżnikach, o takich, co mają czas, cierpliwość i trochę pieniędzy (nie za dużo), żeby pojechać i przeżyć coś ciekawego, a potem jeszcze o tym napisać. Czy to dobrze? Hmm.
Takie na przykład "Do ciepłych krajów" to dla mnie świetna rozrywka tramwajowa, umila czas, przenosi w barwniejsze strony świata, zajmuje. Kłopot z tym, że niewiele zostaje mi w głowie po lekturze...
Ta książka ma tę zaletę, że im dalej, tym jest lepsza. Finał ma nietypowy, hollywoodzki wręcz, bo autor się zakochał, oświadczył i ożenił w Kinszasie. Początek za to kiepski, nieciekawy. Pewnie dlatego, że na początku podróży było Maroko, które Paweł Wróblewski już znał z wcześniejszej wyprawy, nie miał tyle spostrzeżeń i w rezultacie relacja z tej części podróży jest ogólnikowa, ciężko powiedzieć, czy to Maroko, czy też jakiś inny kraj arabski.
Paweł Wróblewski w Afryce znalazł się ze swoim rowerem i zamiarem, żeby przejechać ją od Maroka do RPA. Przebył mniej więcej połowę planowanej trasy: Maroko, Sahara Zachodnia, Mauretania, Mali, Burkina Faso, Ghana, Togo, Benin, Nigeria, Kamerun, Gabon i oba Konga.
Mimo wszystko jest w tej historii coś pięknego, chce się jechać w te ciepłe kraje. Choć w tej książce nie są one wyperfumowane, upiększone - tu kradną, zdzierają z obcych (nawet za cień potrafią pobierać opłatę), mogą pobić, oszukują i wymuszają łapówki.
Jak wspomniałam, im dalej Wróblewski jedzie, tym chętniej dzieli się przemyśleniami, tym więcej w książce "filozofowania", ale też danych z podstawowej historii, polityki, ekonomii państw, które odwiedza. Wydawca zdecydował się dołączyć do książki wywiad o Afryce. Mam wrażenie, że to sposób na uzupełnienie książki - zwłaszcza pierwszej części - o refleksje i próbę podsumowania wrażeń.
Książkę podsunęłabym zainteresowanym podróżami, Afryką. Tym, którzy nie dzielą tej pasji, "Do ciepłych krajów" raczej bym odradziła...
Takie na przykład "Do ciepłych krajów" to dla mnie świetna rozrywka tramwajowa, umila czas, przenosi w barwniejsze strony świata, zajmuje. Kłopot z tym, że niewiele zostaje mi w głowie po lekturze...
Ta książka ma tę zaletę, że im dalej, tym jest lepsza. Finał ma nietypowy, hollywoodzki wręcz, bo autor się zakochał, oświadczył i ożenił w Kinszasie. Początek za to kiepski, nieciekawy. Pewnie dlatego, że na początku podróży było Maroko, które Paweł Wróblewski już znał z wcześniejszej wyprawy, nie miał tyle spostrzeżeń i w rezultacie relacja z tej części podróży jest ogólnikowa, ciężko powiedzieć, czy to Maroko, czy też jakiś inny kraj arabski.
Paweł Wróblewski w Afryce znalazł się ze swoim rowerem i zamiarem, żeby przejechać ją od Maroka do RPA. Przebył mniej więcej połowę planowanej trasy: Maroko, Sahara Zachodnia, Mauretania, Mali, Burkina Faso, Ghana, Togo, Benin, Nigeria, Kamerun, Gabon i oba Konga.
Mimo wszystko jest w tej historii coś pięknego, chce się jechać w te ciepłe kraje. Choć w tej książce nie są one wyperfumowane, upiększone - tu kradną, zdzierają z obcych (nawet za cień potrafią pobierać opłatę), mogą pobić, oszukują i wymuszają łapówki.
Jak wspomniałam, im dalej Wróblewski jedzie, tym chętniej dzieli się przemyśleniami, tym więcej w książce "filozofowania", ale też danych z podstawowej historii, polityki, ekonomii państw, które odwiedza. Wydawca zdecydował się dołączyć do książki wywiad o Afryce. Mam wrażenie, że to sposób na uzupełnienie książki - zwłaszcza pierwszej części - o refleksje i próbę podsumowania wrażeń.
Książkę podsunęłabym zainteresowanym podróżami, Afryką. Tym, którzy nie dzielą tej pasji, "Do ciepłych krajów" raczej bym odradziła...
wtorek, 7 września 2010
Guy Delisle: Kroniki birmańskie

Kilka lat temu na półkach biblioteki znalazłam świetny komiks o Korei Północnej, „Phenian”. Bez ambicji uznania się za autorytet we wszystkich kwestiach dotyczącego tego kraju autor potrafił pokazać wiele ciekawych aspektów tamtejszej rzeczywistości. „Phenian” już niestety znikł z półek księgarni, ale przypomniałam sobie o nim i o Guyu Delisle, kiedy zobaczyłam „Kroniki birmańskie”, kolejny komiks tego samego autora.
Najpierw może o zaletach: bardzo lubię styl tych historyjek, humor, z jakim przekazywane są spostrzeżenia, autoironię. Tytuł mówi wiele: ta książka to rodzaj pamiętnika z pobytu w Birmie, dużo więcej tu o życiu prywatnym autora (syn, żona, dom, tryb życia), niż w „Phenianie”, o Birmie nie tak wiele. Mimo to, Delisle'owi udaje się naszkicować obraz tego kraju przez detale (uwaga o innym kroju mundurów dla generałów i szeregowców), wewnętrzne dyskusje o władzach (przeniesienie stolicy), a także opis codzienności (ruch lewostronny przy autach z kierownicą po prawej stronie). Poza tym to książka o dzieciach i rodzicielstwie, o organizacjach humanitarnych, w szczególności o Lekarzach Bez Granic.
Co mi się nie podobało? W porównaniu do pierwszej książki, ta nie ma jednego tematu. To kronika, autor przytacza wiele historyjek, które są interesujące z punktu widzenia osobistego, ale dla mnie nie były szczególnie porywające (np. spotkania z innymi rysownikami, kurs animacji, zakupy w sklepie amerykańskim), albo w belferski sposób opisuje działania i rolę Lekarzy Bez Granic (opis kolejnych misji, informacje o bezpłatnych lekach i wizytach lekarskich, wykład dlaczego czasem Lekarze zamykają placówki w rejonach, które ich potrzebują).
Książka nie jest spójna, ale tak bardzo mi to nie przeszkadzało, bo podoba mi się poczucie humoru Guya Delisle i chętnie przeczytam kolejną książkę, o Chinach
Subskrybuj:
Posty (Atom)

