wtorek, 7 września 2010

Guy Delisle: Kroniki birmańskie


Kilka lat temu na półkach biblioteki znalazłam świetny komiks o Korei Północnej, „Phenian”. Bez ambicji uznania się za autorytet we wszystkich kwestiach dotyczącego tego kraju autor potrafił pokazać wiele ciekawych aspektów tamtejszej rzeczywistości. „Phenian” już niestety znikł z półek księgarni, ale przypomniałam sobie o nim i o Guyu Delisle, kiedy zobaczyłam „Kroniki birmańskie”, kolejny komiks tego samego autora.

Najpierw może o zaletach: bardzo lubię styl tych historyjek, humor, z jakim przekazywane są spostrzeżenia, autoironię. Tytuł mówi wiele: ta książka to rodzaj pamiętnika z pobytu w Birmie, dużo więcej tu o życiu prywatnym autora (syn, żona, dom, tryb życia), niż w „Phenianie”, o Birmie nie tak wiele. Mimo to, Delisle'owi udaje się naszkicować obraz tego kraju przez detale (uwaga o innym kroju mundurów dla generałów i szeregowców), wewnętrzne dyskusje o władzach (przeniesienie stolicy), a także opis codzienności (ruch lewostronny przy autach z kierownicą po prawej stronie). Poza tym to książka o dzieciach i rodzicielstwie, o organizacjach humanitarnych, w szczególności o Lekarzach Bez Granic.

Co mi się nie podobało? W porównaniu do pierwszej książki, ta nie ma jednego tematu. To kronika, autor przytacza wiele historyjek, które są interesujące z punktu widzenia osobistego, ale dla mnie nie były szczególnie porywające (np. spotkania z innymi rysownikami, kurs animacji, zakupy w sklepie amerykańskim), albo w belferski sposób opisuje działania i rolę Lekarzy Bez Granic (opis kolejnych misji, informacje o bezpłatnych lekach i wizytach lekarskich, wykład dlaczego czasem Lekarze zamykają placówki w rejonach, które ich potrzebują).

Książka nie jest spójna, ale tak bardzo mi to nie przeszkadzało, bo podoba mi się poczucie humoru Guya Delisle i chętnie przeczytam kolejną książkę, o Chinach

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz